Halloween, czyli cukierek albo psikus

Lampiony, chodzenie po domach po cukierki, a nade wszystko skąd ta nazwa i jaki jest powód, czyli o co chodzi z tym całym Halloween?

Zwyczaj, który przywędrował do Polski z Zachodu, a wiele osób uważa, że to wymysł przesiąkniętych komercją Stanów Zjednoczonych, ma swoje korzenie jednak jeszcze w na Starym Kontynencie. Halloween, bo o nim mowa, swoją nazwę zawdzięcza skróconej wersji All Hallows’ E’en, czyli szkockiemu brzmieniu All Hallows Eve, oznaczającego ni mniej ni więcej tylko Wigilię Wszystkich Świętych, nazwa pojawiła się w XVI wieku. Samo świętowanie ma swój początek w Irlandii. W Oíche Shamhna czyli Noc Końca Lata (Samhain), Celtowie żegnali jesień a witali zimę, był to też dzień rozpoczynający nowy rok celtycki i czas, w którym świat żywych łączył się ze światem zmarłych, palono wtedy też ogniska, a druidzi w przerażających strojach wyganiali złe duchy tańcząc przy ognisku.

Pod wpływem chrześcijaństwa zwyczaj ten zaczął po roku 835 zanikać.
„Trick or treat” czyli „cukierek albo psikus” ma swoje korzenie właśnie we wczesnym, jak na Irlandię, chrześcijaństwie właśnie. Procesje chodziły od domu do domu w imieniu zmarłych, duchów i zbierały tzw. soul cakes, czyli ciastka, mające być poczęstunkiem dla gości z zaświatów lub jako wynagrodzenie za modlitwę za tych zmarłych. Z czasem dołożono śpiewanie pod oknami tekstów typu „A soul-cake, a soul-cake, have mercy on all Christian souls for a soul-cake.”. W Szkocji chodziły dzieci poprzebierane i często psociły, jeśli zostały przegonione lub nie dostały słodyczy (to mogło być początkiem mówienia „Trick or treat”, które to pojawia się chociażby w USA, ale nie jest popularne w Szkocji czy Irlandii).

OK, mamy datę, powód, nazwę, mamy chodzenie w przebraniach po słodycze, ale o co chodzi z tymi lampionami i dlaczego akurat z dyni?
Cóż, Halloween, jakie znamy dziś, jest zbiorem wielu tradycji. Otóż lampion, znany jako Jack-O’-lantern, także wywodzi się z Irlandii. Wiąże się z nim legenda.O’
Żył sobie kiedyś człowiek, który nazywał się Stingy Jack. Był pijakiem, mocno nielubianym, manipulatorem, oszustem, ogólnie tzw. margines społeczny. Pewnej nocy diabeł usłyszał opowieści o nim i postanowił przekonać się osobiście czy Jack zasłużył na swoją reputację.
Jack, jak to miał w zwyczaju, snuł się wtedy pijany przez wioskę, zataczając się aż trafił na postać o dziwnym wyrazie twarzy, która okazała się być diabłem. Jack uzmysłowił sobie, że jego pobyt na ziemi dobiegł końca i za chwilę jego dusza zostanie zabrana do piekła. Jack poprosił o ostatnią przysługę, poprosił diabła, by ten pozwolił mu wypić ostatnie ale, zanim go zabierze. Diabeł nie widział przeciwskazań, więc przystał na prośbę, zabrał go do pobliskiego pubu i postawił sporo piwa. Gdy Jack ugasił pragnienie poprosił diabła, ku jego zdziwieniu, by ten uregulował rachunek. Przekonał go, by ten zamienił się w srebrną monetę, a gdy diabeł to uczynił Jack schował monetę do kieszeni, w której miał srebrny krzyżyk, co uniemożliwiło powrót do pierwotnej postaci. W zamian za uwolnienie diabeł musiał obiecać, że nie zabierze mu duszy przez 10 lat.
Po 10 latach znowu się spotkali, tym razem Jack poprosił o możliwość zjedzenia ostatniego jabłka, by zaspokoić głód przed podróżą. Diabeł znów dał się przekonać, gdy wszedł na pobliską jabłoń, by zerwać jabłko, Jack powbijał krzyże w ziemię wokół jabłoni, uniemożliwiając mu zejście. Tym razem za ich zabranie zażądał, by jego dusza nigdy nie została zabrana do piekła.
Przebiegły manipulant żył dalej, tak jak zwykle, pijąc do upadłego i nie szanując życia i ludzi wokół. Po śmierci trafił przed bramy niebios, ale Św. Piotr nie wpuścił go, ponieważ Bóg uznał, że jego sposób życia delikatnie mówiąc nie był odpowiedni, by zasłużył na niebo. Jack udał się więc do piekła i błagał diabła, by ten go przyjął. Nie mógł tego uczynić, ponieważ żłożył obietnicę. Zlitował się jednak i podarował mu z piekielny węgielek, wiecznie żarzący się, by oświetlał drogę Irlandczykowi podczas tułaczki po ziemi. Pokazał mu jak zrobić lampion z powszechnie dostępnej w Irlandii rzepy, by ten nie poparzył się. Od tamtej pory Stingy Jack znany jest jako Jack of the lantern (w skrócie Jack-o’-lantern), a lampiony robiono z rzepy, ziemniaków a nawet buraków, by ułatwić mu wędrówkę i przegonić jego i inne nieproszone duchy od swoich domostw.

Zwyczaj robienia lampionów zawędrował do Ameryki razem z irlandzkimi emigrantami. Rzepa nie była tam jednak tak powszechna i szukano alternatywy. Wybór padł na dynię, której było tam dużo i łatwiej się w niej rzeźbiło i w takiej formie trafiło to też do Polski.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*